„Jeśli ktoś stawia styl życia na pierwszym miejscu, to szuka pracy, a nie powołania”
Paul Kalanithi
To nie jest zdanie z jakiejś książki o karierze, a Paul nie był ani psychologiem, ani mówcą motywacyjnym. Był zdolnym neurochirurgiem, oddanym swojej pracy i pacjentom. Dostał wiele kopniaków od losu, ale też wykorzystał szanse, jakie on mu przyniósł. Niezwykła historia. Polecam.
To zdanie było jedynym, jakie zakreśliłam w całej powieści. Było dla mnie jak zimny prysznic: bolesny i orzeźwiający zarazem. Znajdowałam się wtedy w takim momencie życia, w którym kwestionowałam swoje wybory zawodowe i raz zarazem zapytywałam siebie o sens tego, co robię.
To zdanie, choć bez pytajnika, zadaje pytanie w punkt: „O co Ci człowieku chodzi tak naprawdę? Chcesz pasji czy pracy? Szukasz misji życiowej, czy masz inne potrzeby i cele?”
Jak człowiek (czyli ja) zada sobie takie pytanie, to natychmiast odpala mu się poczucie winy. No bo przecież wiadomo, że misja, powołanie, pasja to są wyższe cele, niż jakieś tam pieniądze i wygody. Wiadomo…? (Sama nie wiem skąd się we mnie wzięło takie przekonanie. Sprawdź sobie, czy aby też takiego nie masz i czy aby na pewno dobrze Ci robi).
Jeśli wierzyć statystykom, to niewiele ponad 10% ludzi pracuje z pasji i powołania.
Nie ma takich warsztatów talentowych, na których nie byłoby osoby szukającej pracy z powołania i pasji. W zasadzie większość osób, które do mnie przychodzą tego właśnie szuka. Ale tylko nieliczni są gotowi zapłacić cenę, jaką taka praca kosztuje.
A trochę kosztuje.
Ile?
Cena powołania może dać się wyliczyć bezpośrednio w pieniądzu. Np.: Twoja pensja – ile zarabiasz? Czy jesteś gotów zrezygnować z tych pieniędzy, kiedy wzywa Cię powołanie?
Albo za realizację swoich pasji trzeba będzie zapłacić poczuciem bezpieczeństwa np.: Czy jesteś gotów zrezygnować ze stałych wpływów na konto w imię wyższego celu?
Walutą mogą być też tytuły, apanaże, czy inne oznaki prestiżu. Czy zamienisz dyrektorski tytuł i samochód służbowy na stanowisko, na którym byłoby Ci naprawdę dobrze?
Ceną mogą też być: zagraniczne wakacje, tylko ośmiogodzinny dzień pracy, znajomości zawarte w dotychczasowej pracy, darmowe kursy, czy karnet na siłownię. W zasadzie może się okazać, że musisz zrezygnować ze wszystkiego, na czym Ci tak bardzo zależało do tej pory, by pójść za głosem serca.
Na ostatnich warsztatach wywołała się dyskusja o tym, czy nie da się tego pogodzić. Czy praca z powołania, pasji, musi oznaczać rezygnację z komfortowego stylu życia?
Moim zdaniem nie musi, ale trzeba być na to gotowym, bo jestem pewna, że przynajmniej tymczasowo Twoja sytuacja nie będzie komfortowa.
Każdy kiedyś był dzieckiem. I każdy marzył, że gdy dorośnie będzie „kimś”: pielęgniarką, nauczycielem, lekarzem, policjantem, strażakiem, pisarzem, aktorem…
Kiedy dorastamy, dowiadujemy się, że te nasze marzenia to były tylko mrzonki i że w życiu trzeba się kierować rozsądkiem. Kierowanie się rozsądkiem może oznaczać dwie rzeczy:
1. Zrobić tak jak rodzice, bo rodzice są zadowoleni ze swoich wyborów,
2. Zrobić zupełnie inaczej niż rodzice, bo rodzice źle wybrali.
Trzecia opcja, gdzie faktycznie idziemy swoją własną drogą, jest rzadka. Nawet jak nam się wydaje, że sami wybraliśmy, to okazuje się, że podświadomie wybraliśmy w zgodzie lub przeciw rodzicom.
Właśnie ten nieświadomy podtekst stanowi często barierę w dotarciu do naszego prawdziwego powołania. I nieważne ile masz lat: 16, 28, 36 czy 42, możesz czuć się zagubiony i nie wiedzieć, co chcesz w życiu robić.
Chociaż ten stan zagubienia i niepewności nie należy do przyjemnych, to jest to dobry znak. To znaczy, że szukasz. A jeśli szukasz, to znajdziesz. Nie ma opcji, żeby było inaczej. Jednak nie ma daty, kiedy to nastąpi. Pewne jest tylko tyle, że im szybciej zaczniesz, tym szybciej znajdziesz.
Po pierwsze poznaj swoje talenty i przyjrzyj się temu, jak je wykorzystujesz. Test Gallupa może bardzo pomóc. Gallup obniżył ceny i warto sobie zafundować pełny raport 34 mocnych stron.
Po drugie dotrzyj do swoich wartości. Przyjrzyj się swoim życiowym wyborom i zobacz, jaka większa siła za nimi stoi. Co kierowało Tobą w przeszłości? Czy kieruje Tobą nadal? Dlaczego jedne rzeczy są dla Ciebie ważne, podczas gdy na inne nie zwracasz uwagi?
Wartości są jak korzenie, będą Cię trzymać w ryzach. Lepiej być ich świadomym niż nieświadomie zniewolonym.
Po trzecie dojrzyj, co naprawdę lubisz. Na które zajęcia w szkole chodziłeś/aś z ciekawością? Które przedmioty na studiach wchodziły Ci łatwo do głowy? Która praca, który projekt dodawał Ci energii?
Tak, to takie proste. Rób to, co lubisz i rób to najlepiej, jak potrafisz – to przepis na spełnione życie zawodowe.
I po czwarte, jeśli nadal nie wiesz, o co Ci w życiu chodzi, to poznaj swoje skrypty rodzinne. Co robili twoi rodzice? Co dziadkowie? Jakie przekonania na temat pracy, pieniędzy, czasu wolnego, różnych zawodów wpajali Ci najbliżsi.
Twoi rodzice narzekali na pracę? Ty pewnie też będziesz narzekać. Twój tato był szanowanym inżynierem? Pewnie będziesz chcieć mu zaimponować swoim zawodem. Twoja ciotka artystka była przedmiotem rodzinnych żartów? Pewnie nie sięgniesz po pędzel, bojąc się ośmieszenia. Twój dziadek klepał biedę, ale był bardzo dobrym człowiekiem? Pewnie będziesz mieć problem z zarabianiem większych pieniędzy, itd., itd. W rodzinnej historii jest zapisanych wiele informacji na nasz temat. Warto do nich dotrzeć, by zdecydować samemu, które historie chce się kontynuować, a których już nie.
Jeśli stoisz na zakręcie, to wykonanie tych 4 kroków powinno Cię zbliżyć do poznania swojej życiowej misji. A czy przyjmiesz jej realizację na siebie to już inna sprawa. Napiszę o tym, kiedy napiszę o Mistrzu Omletów z Miami.
Tymczasem daję znać, że z okazji dnia Mamy i Dziecka, dla uczestników czerwcowych warsztatów mam prezent w postaci pełnego raportu Gallupa. Zapisy do 31 maja. Zapisz się, pisząc do mnie na sylwia@scjansen.com. A wszystkie info o warsztacie znajdziesz pod tym linkiem.
No to kim, chciałeś/ chciałaś być, jak dorośniesz?
Balkony i piwnice,
Druga strona medalu,
Każdy kij ma dwa końce,
Każda siła ma przeciwsiłę.
– takim wstępem zaczynam podczas warsztatów sesję dotyczącą ciemnej strony mocy.
Na jednych z warsztatów szef pewnej firmy zapoznawszy się z ciemnymi stronami swoich talentów, powiedział: Kiedy czytałem o pozytywach swoich mocnych stron, byłem przekonany na 50% do tego Gallupa, ale teraz kiedy czytam o ciemnych stronach, kupuję to na 100%. To jest tak bardzo o mnie!
O pozytywnej stronie każdego talentu przeczytasz w raporcie Gallupa. Raport jest mega pozytywny i taki ma być. Daje energetycznego kopa, podbudowuje pewność siebie i wiarę we własne możliwości.
A chwilę potem rodzi podejrzliwość i wątpliwości. No bo jak to możliwe: Skoro jestem taka wspaniała, to czemu nie ma efektów? Czemu tak mało zarabiam? Czemu nie jestem z siebie zadowolony? Czemu od innych słyszę krytykę? Dlaczego odczuwam ten niby talent jako brzemię? *
Stąd postanowiłam zgłębić temat i wyruszyć w podróż w głąb moich własnych ciemnych mocy. Że jestem wierną czytelniczką Brene Brown, to już wiesz. Nie zdziwisz się zatem, że „Dary niedoskonałości” były pierwszą lekturą, po jaką sięgnęłam. Jednak to było za mało. Z książką „Jak wykorzystać ciemną stronę” Debbie Ford przemierzyłam w lutym majański Meksyk i Gwatemalę. Podczas gdy większość wycieczkowiczów profilaktycznie przyjmowała wysokoprocentowe trunki, żeby nie złapać jakieś przykrej dolegliwości żołądkowej, ja z zamkniętymi oczami przyglądałam się życzliwie ciemnym stronom swojej osobowości.
Uwierz mi, czułam się jak po paru głębszych: najpierw skołowana, a potem „na kacu”. Znasz powiedzenie o ukrywaniu „trupa w szafie”? No właśnie tak się trochę czułam. Jakbym nagle otworzyła wszystkie szafy, do których nie chciałam nigdy zaglądać. Moje cienie wypadły ochoczo. Pozwoliłam im. Zaakceptowałam, że są. Dostrzegłam, po co mi są. Nie wiedziałam tylko, skąd się wzięły i jak dalej z nimi żyć. Upchanie ich z powrotem do szafy już nie wchodziło w grę (co się zobaczy, to się nie „odzobaczy”). Dźwiganie tego bagażu też mi się nie uśmiechało (mimo jego nieoczywistej użyteczności).
W marcu podczas konferencji Pracy z Ciałem zainspirowałam się totalną biologią. Dzięki niej trafiłam na książkę „Psychogenealogia” Anne Ancelin Schutzenberger. Odtworzyłam drzewo genealogiczne mojej rodziny do trzeciego pokolenia. Poznałam chronione latami sekrety rodzinne i odetchnęłam z ulgą akceptacji dla moich niedoskonałych genów i wdzięcznością dla moich równie niedoskonałych przodków. Poczułam, jak rodowa lojalność nieświadomie sprowadza mnie czasami na manowce.
A ponieważ jakoś równolegle czytałam „Siłę czy moc” dr Dawida Hawkinsa (to nie jest książka, którą się „łyka”) poczułam ogromną potrzebę poluzowania swojej siły i dotarcia do swojej prawdziwej mocy. Przetestowałam na sobie prawo Heisenberga, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście działa. Czy można bezsiłowo, korzystając tylko ze świadomości zmienić jakiś nawyk? Wybrałam sobie obserwowanie swojego krytyka, który stoi za talentem Restorative (możesz przetestować na ciasteczkach, kawie czy czymkolwiek co chcesz zmienić – obejrzyj tutaj).
„Techniki uwalniania” również autorstwa dr Hawkinsa. Czytam książkę i praktykuję jednocześnie. Nie upycham w szafie, nie uciekam i nie przegaduję swoich ciemnych stron. Biorę je na klatę, otrzymuję tyle, ile mogę i zadowolona czuję, jak się rozpuszczają. Zatrzymam się na dłużej przy tej lekturze i praktyce. Czuję, że to dobra rzecz.
Przez parę miesięcy stopniowo pogrążałam się w ciemnościach po to, żeby odkryć, że za każdą ułomnością czy niedoskonałością kryje się jakiś dar, jakaś korzyść i ogromny potencjał do wykorzystania.
Jeszcze nie wiem. Jednak to jakby nie ma znaczenia, bo wiem, że idę w dobrym kierunku.
Jeśli i Tobie jest po drodze – chcesz odkryć swoje talenty i ich blokady, uwolnić i skorzystać z pełni potencjału, żeby realizować się zawodowo i życiowo, zapraszam Cię na Warsztaty do Krakowa 29-30 czerwca w mojej Wytwórni Talentów – będziemy się ładować pozytywnie i uwalniać nasze moce. Zapisz się pisząc na adres sylwia@scjansen.com.
*Ta wtórna reakcja pojawia się głównie u osób, u których talenty wpływu nie są dominujące.
Ps. Z podziękowaniami dla tych, którzy zupełnym „nie przypadkiem” pojawili się na mojej drodze w ciemnościach: Joasia Chmura, Dominika Chruściel, Dorota Hołówka, Marysia Opidowicz.
Jeśli za chorobą kryje się nierozwiązany konflikt emocjonalny i twoja choroba tarczycy wynika z tego, że żyjesz niezgodnie ze swoim rytmem? Jeśli twój pracoholizm wynika z lojalności rodowej względem prababci, która musiała harować na chleb od rana do nocy?
Jeśli nie możesz znaleźć spełnienia w życiu, bo realizujesz misję, z jaką powołali cię na ten świat nieświadomie twoi rodzice? I przykładowo zamiast starać się o zasłużony awans, usuwasz się w cień, by nikomu nie przeszkadzać?
Trochę. Trochę, bo gdybyś był ze mną w ubiegły weekend na konferencji Pracy z ciałem Sapere w Krakowie to razem z 450 obecnymi tam psychologami, coachami, terapeutami, lekarzami, trenerami zacząłbyś się zastanawiać. Ja zaczęłam. Głównie podczas zajęć z Psychobiologii.
Lubię i wierzę w takie podejście, które traktuje człowieka całościowo. Nie kroi go piłą elektryczną, oddzielając ducha od ciała, emocje od rozumu, historię od przyszłości i „uzdrawiając” każdą z tych części osobno.
To, jak kształtuje się nasze życie, zależy od tego, co dziedziczymy po przodkach, jak przebiegało nasze życie prenatalne i dzieciństwo do dziesiątego roku życia. I nie chodzi tu tylko o geny i biologię. Chodzi też o emocje. Można powiedzieć, że są to nasze ustawienia fabryczne.
Doskonale wpisuje mi się to w definicje talentu dr Cliftona, według którego talent to wrodzony i powtarzalny wzorzec czucia, myślenia i zachowania. To jak z niego skorzystamy, zależy w ogromnej mierze od poziomu naszej świadomości. A potem chęci zrobienia czegoś z tą świadomością oczywiście.
Ile razy pracuję z klientami, którzy doskonale wiedzą, co potrafią. Którzy doskonale wiedzą, że to, co robią, nie jest tym, co chcieliby robić. Którzy dowody swoich mocnych stron mają spisane w życiorysie czarno na białym. Wiedzą, a mimo to nie przekładają tego w czyn. Jak gdyby realizowali jakiś ukryty scenariusz, który ktoś dla nich wymyślił wbrew ich woli.
I ja ciągnę takie „cudze historie”. Kto ich nie ciągnie? Tak sobie jeszcze myślę, że Kartezjusz nieźle (niechcący) narozrabiał tym swoim Cogito ergo sum „Myślę, więc jestem”. To słynne stwierdzenie zepchnęło emocje na drugorzędny plan. Każdy woli przecież być myślący, niż nie być wcale!
Tymczasem człowiek, choć myślący, ciągle zdecydowanie bardziej czujący jest. Chęć poznawania emocji rozbudził we mnie profesor Ohme. Pogłębiła to Brene Brown, a teraz po wykładzie dr Marzanny Radziszewskiej-Konopki nie mam już wyjścia. Trza się uczyć dalej!
Wszystkim z Connectedness, a także Odkrywczości, Empatii, Inputom, Learnerom i w ogóle wszystkim talentom polecam stronę i wykłady Pani doktor na YouTube.
A do poduszki: Tajemnice przodków. Ukryty przekaz rodzinny Anny Ancelin Schutzenberger oraz
Zrozum swoje choroby. Dekodowanie biologiczne Patricka Obissiera.
Bardzo jestem ciekawa, co myślisz…?
Przygotowuję się do warsztatów biznesowych. Patrzę na profil kolejnej grupy. Na ponad 100 osób ani jedna nie ma w swoim zestawie Top5 talentu WIARA W SIEBIE (Self assurance). Pewnie gdyby wśród klientów znaleźli się Belgowie, Francuzi, Holendrzy – sprawa miałaby się inaczej. Wśród klientów z CEE (Europy Środkowo-Wschodniej) to wielka rzadkość. I nie przypadek a kulturowo i historycznie potwierdzony brak wiary we własne możliwości. Ech… dużo roboty przed nami (w sprawie edukacji i wychowania dzieci).
Jeśli posiadasz tę cechę, to zapewne masz głębokie przekonanie, że wiesz, co robisz i że odnajdziesz się w każdej sytuacji. Co ciekawe to przekonanie może ci towarzyszyć niezależnie od tego, czy masz wystarczającą wiedzę, umiejętności czy doświadczenie. Wiesz, że dasz radę i już.
Osoby z WIARĄ W SIEBIE w czołówce talentów są pewne swoich decyzji. Nie ulegają sugestiom innych. Ich wewnętrzny głos jest niczym kompas. Prowadzi ich dokładnie tam, dokąd chcą zmierzać.
Nie bez powodu WIARA W SIEBIE (Self assurance) to talent z domeny wpływu. Swoją wewnętrzną pewnością osoby z tym talentem przyciągają osoby mniej pewne i potrzebujące wsparcia. Wierzący w siebie dodają pewności, stanowią osłonę i są jak ostoja w ryzykownych sytuacjach i niepewnych czasach. Nie tracą gruntu pod nogami. Są opanowani i trudno zbić ich z tropu.
Ufając sobie, zdobywają zaufanie innych. Self assurance to pożądana cecha talentowa u liderów, mentorów czy konsultantów.
Chyba najprostszym sposobem rozpoznania niedojrzałej wersji tego talentu, jest brak umiejętności słuchania. Wynika to z tego, że osoby z (nadmierną) WIARĄ W SIEBIE słyszą przede wszystkim swój wewnętrzny głos. Jest on tak silny, że może zagłuszać słuszne stanowisko, obawy, pytania, czy wątpliwości podniesione przez innych.
Niekiedy talent WIARA W SIEBIE może być odebrany jako arogancki, a właściciel, zupełnie nieświadomy, może wędrować przez życie z naklejką na czole „Pana Wszystkowiedzącego”.
WIARA W SIEBIE pozwala żyć według własnych zasad i wartości. Pozwala śmiało sięgać po marzenia. To odważny talent, który inspiruje innych do działania.
Żeby ją wzmocnić, w sensie optymalnego korzystania, warto czasami zrobić „stop-klatkę” i posłuchać, co inni mają do powiedzenia. Czerpiąc z cudzych doświadczeń, wzmocnisz swoje decyzje. Zobaczysz nową perspektywę.
Zastanów się, co myślą o twoich działaniach czy decyzjach Twoi bliscy. Czy zwracasz uwagę na zdanie najważniejszych dla ciebie w życiu osób? Warto. Z samego szacunku dla nich i dla jakości rozwiązania. Wszak Twoje decyzje wpłyną na ich życie, a WIARA W SIEBIE nie gwarantuje nieomylności.
Nie słuchasz innych? – posłuchaj siebie. Kiedy podejmujesz ważne decyzje, upewnij się, że przeanalizowałeś wszystkie informacje. Dobrze, że masz zaufanie do siebie i swoich decyzji. Warto jednak pokusić się o refleksję nad efektem poprzednich działań: co przyniosły? Jak bardzo było to pozytywne? Co można by zmienić?
Dzięki autorefleksji wzrośnie twoja intuicja, a co za tym idzie, również trafność twoich decyzji.
Jestem przekonana, że tak. Wystarczy regularnie przyłapywać się na tym, co się zrobiło dobrze i na tym, co się zrobiło źle. Analizować. Wyciągać wnioski. WIARA W SIEBIE nie bierze się z genów, a ze znajomości swoich mocnych i słabych stron.
Dużo wiary!
Jeśli ktoś nieznajomy zagadnie do ciebie w windzie albo obdarzy cię serdecznym uśmiechem — nie obawiaj się podstępu, ani nie szukaj gorączkowo w pamięci, skąd go znasz. To ani chytry przestępca, ani twój stary przyjaciel. Wielce prawdopodobne, że ta osoba jest obdarzona talentem WOO (CZAR).
Już słowo WOO – budzi największe zainteresowanie podczas moich warsztatów. Co to jest to WOO? Brzmi dziwnie, tajemniczo i wesoło (moje własne pierwsze fonetyczne skojarzenie było z voodoo, ale to jednak inna bajka). WOO to zwyczajny akronim od Winning Others Over przetłumaczony zgrabnie na polski CZAR – Ciągłe Zdobywanie Aprobaty Rozmówcy. To talent z domeny talentów WPŁYWU, a więc dający i karmiący się energią z kontaktów z ludźmi.
Kiedy opowiadam o WOO, lubię opowiadać autentyczną anegdotę, która świetnie ilustruje ten talent.
Kiedy szukałam szefa zespołu rekrutacji – Tamas dosłownie „uwiódł” mnie swoją otwartością, życzliwością, gotowością działania i networkiem wielkim niczym Ocean Spokojny (a w przypadku rekrutacji to niezwykle cenny zasób). Kiedy rozpoczęliśmy współpracę, powiedziałam Tamasowi, żeby na pierwsze kilka dni, a nawet tygodni wyznaczył sobie jako priorytet poznanie ludzi, z którymi będzie pracował.
Miałam na myśli jego zespół, zespół HR no i oczywiście głównych klientów wewnętrznych, czyli menadżerów, dla których będzie rekrutował. W moim filtrze Relatora na 3 miejscu i WOO na 7 miejscu – ten krąg osób zawężał się do jakichś 20-30 osób.
Kiedy spotkaliśmy się na koniec drugiego dnia jego pracy, żeby porozmawiać, jak się czuje w firmie i jak mu idzie onboarding, Tamas z wielkim entuzjazmem odparł: „Świetnie! Już prawie wszystkich poznałem! Jeszcze tylko jedno piętro mi zostało”.
Moja mina — bezcenna. Bo musisz wiedzieć, że pięter było 5, a na każdym z nich pracowało około 200 osób. Tamas podszedł do każdej z nich osobiście, by się przedstawić i poznać.
O tym, że WOO jest jednym z jego głównych talentów, wiem bez testu.
Paradoksalnie ten talent, który, jak żaden inny ułatwia nawiązanie relacji, może też ją utrudniać, ponieważ osoby z talentem WOO mogą być postrzegane jako płytkie/powierzchowne. Bierze się to stąd, że większość ludzi potrzebuje więcej niż 5 minut, żeby poczuć komfort w rozmowie i wejść na wyższy poziom otwartości i zaangażowania. Odwrócenie się na pięcie, kiedy rozmówca dopiero zaczyna się otwierać ze swoją historią, zostanie odebrane jako brak szczerego zainteresowania. I z głębszych, i trwalszych relacji nici.
CZAR może też stanąć na drodze rozwoju swojego właściciela. Ten talent potrzebuje sympatii swojego rozmówcy jak tlenu. Bez tego czuje się po prostu źle. Będzie więc o tę sympatię zabiegał nawet wtedy, kiedy to nie jest konieczne. W kontekście zawodowym na przykład WOO może mylić konstruktywny feedback z brakiem sympatii. Może go odbierać personalnie i rozumieć jako „już mnie nie lubisz”. W efekcie wpłynie to negatywnie na jego rozwój, bo nie będzie umiał przyjąć ani skorzystać z feedbacku. Z czasem przestanie go w ogóle dostawać, bo ludzie, bojąc się go urazić, przestaną mu go dawać.
W pracy i biznesie wykorzystaj talent WOO przede wszystkim do budowania sieci kontaktów. W firmie i poza nią. Jeśli jeszcze nie jesteś członkiem żadnego networku, forum czy innej zrzeszonej sieci to czas to zmienić. Poczujesz się jak ryba w wodzie. A do tego stworzysz sobie tyle nowych możliwości biznesowych.
Ludzie cię lubią. Nawet niezręczne sytuacje WOO rozwiąże z wdziękiem. Rozładuje napięcie i rozluźni atmosferę, gdy jest taka potrzeba. Chwilowe wejście w rolę życzliwego klowna może przynieść wiele korzyści. Każdemu.
Jeśli chcesz się przekonać, czy masz ten talent i chcesz się nauczyć z niego korzystać ku swojej chwale i korzyści zapraszam na warsztaty talentowe już w maju (więcej informacji tutaj).
WOOdanego dnia życzę!
Zawsze wracam z podróży z większym bagażem. I wcale nie o walizki chodzi — chociaż brudne ciuchy faktycznie zajmują więcej miejsca (mimo bezpardonowego ugniatania). Wracam z większą ilością pytań i odpowiedzi na pytania, których wcale nie miałam ochoty sobie zadawać. Ot, taki Meksyk. W ferie. Alternatywa dla nielubianych przez nas sportów zimowych. Miało być kilka piramid w zaginionych miastach Majów, kilka zachwytów nad naturą (dżungla!) i wygrzanie się w tropikalnym słońcu (witamina D3 w gratisie). Miało być bez egzystencjonalnych „myślenic”. A wyszło, jak wyszło, czyli „myślenice”. Mózg napakowany zbędnym (to się jeszcze okaże) bagażem czeka na wypranie i odwirowanie w bębnie maszyny obowiązków po powrocie.
No ale, jak tu nie zastanowić się nad tym, że Majowie z wyższych sfer zniekształcali głowy swoim dzieciom, wciskając je między belki, ściskając pasami i używając innych wymyślnych tortur tylko po to, żeby potomek wyglądał jak ufoludek. Im bardziej zdeformowana czaszka, tym lepiej. Bohaterowie Star Wars musieli się wzorować właśnie na Majach. Nigdy się nie zastanawiałam zbyt długo nad tym czy UFO istnieje, czy też nie. Ale zastanowiło mnie, dlaczego rodzice skazywali dzieci na takie tortury? I dlaczego akurat wyższa klasa Majów (rządząca) wzorowała się na kanonach piękna rodem z filmów science fiction? Chciała się upodobnić do kogoś/czegoś. No i pytanie jest właśnie, do kogo?
Człowiek chce i potrzebuje wierzyć. W Boga lub jego brak. W Coś. Myślę, że wiara chroni gatunek ludzki przed obłąkaniem (i wyginięciem). Odwiedziłam już kilkadziesiąt krajów i liznęłam ich kultur. Kilka wniosków z serii „na pewno”: 
Ograniczyć dostęp do wiedzy, wypuścić dobrą ideologię, a żadnej przemocy stosować nie trzeba. Ludzie sami będą się składać w ofierze jak kapitanowie wygrywającej drużyny w majańskiej grze w palote. Tylko takie czasy, że z dobrą ideologią jest gorzej. Ludzie się wyedukowali za bardzo. Ale jest za to technologia ! (też -ogia, zauważ). Może nie będziemy się przez nią zabijać (?), ale składać w ofierze swoją wolną wolę na pewno. Myślę, że już w całkiem niedalekiej przyszłości będziemy marzyć o tym, by ktoś nam wszył chipy i sterował naszym życiem. (Nie wiesz, o czym mówię? Zamów choćby kawę w Starbucksie i napisz, ilu decyzji to od Ciebie wymagało). Tak, jesteśmy pogubieni i oddaleni od siebie samych. Co jak nie chip? Medytacja i natura. Tak myślę.
Przyjaciółka przesłała mi taki mało śmieszny dowcip:
– Halo, czy to pizzeria Giuseppe?
– Dzień dobry, nie, to pizzeria Google.
– Źle się dodzwoniłem?
– Nie, proszę pana, Google kupiło tę pizzerię.
– OK. To chciałbym złożyć zamówienie.
– Dobrze, czy zamawia pan to co zwykle?
– To co zwykle? A pan mnie zna?
– Zgodnie z pańskim ID dzwoniącego, ostatnie 12 razy zamawiał pan pizzę serową z dodatkową porcją pepperoni i szynki.
– OK! Taką zamawiam!
– Czy mogę panu zasugerować tym razem zamiast sera ricottę z rukolą i suszonymi pomidorami?
– Co? Nie, ja nie lubię warzyw!
– Ale ma pan podwyższony cholesterol.
– Skąd o tym wiecie?!
– Z pańskiej karty pacjenta w klinice. Mamy wyniki pańskich badań z ostatnich 7 lat.
– No dobrze… ale ja nie chcę pizzy z warzywami – już biorę leki na cholesterol.
– Cóż, nie brał pan ostatnio ich regularnie. 4 miesiące temu zamówił pan opakowanie 30 tabletek w aptece internetowej.
– Kupiłem więcej w innej aptece!
– Nie ma tej płatności na pańskiej karcie kredytowej.
– Zapłaciłem gotówką!
– Ale nie wypłacił pan wystarczającej sumy z bankomatu według wyciągu z pańskiego konta.
– Nie trzymam wszystkich zarobionych pieniędzy w banku.
– Nie widać tego na pańskim ostatnim zeznaniu podatkowym, chyba, że jest to przychód, który zataił pan przed urzędem skarbowym.
– WTF???? Dosyć! Mam powyżej uszu Google, Facebooka, Twittera i innych WhatsAppów! Wynoszę się na jakieś zadupie, w Bieszczady albo nie, wyjadę na wyspę – bez internetu, gdzie nie ma sieci komórkowych i gdzie nie będziecie mogli mnie szpiegować!
– Rozumiem. Będzie pan musiał odnowić paszport, bo skończył swoją ważność miesiąc temu.
No i znowu dałam się zaskoczyć Brytyjczykom. I zastanowić nad pojęciem robienia czegoś „w białych rękawiczkach”. Pierwszy raz zastanowiłam się nad tym, skąd się bierze wyższość jednych kultur nad drugimi, kiedy odwiedzałam ich National Museum w Londynie. Muzeum narodowe, więc spodziewałam się zobaczyć dziedzictwo narodowe Wielkiego Królestwa, a okazało się, że w muzeum jest więcej Egiptu niż w Egipcie. Chyba tylko piramidy nie dały się przewieźć.

A podczas tej podróży odwiedziliśmy państwo, o którego istnieniu nie miałam pojęcia: Belize. Sąsiaduje z Meksykiem i Gwatemalą. Do 1981 roku było kolonią brytyjską, a jakże. Ale że nie przynosiło dochodów (bida tu aż piszczy) to już kolonią nie jest (trzeba było do niego dokładać). Kiedyś się opłacało, bo można było zwieźć do niego niewolników. (To właśnie dzięki Brytyjczykom na Jukatan trafili Afrykanie). Do roboty.
Jestem zniesmaczona. Prawie tak samo, jak wtedy, gdy odwiedzając Taj Mahal w Indiach, dowiedziałam się, że ten monumentalny grobowiec z marmuru był kiedyś jeszcze piękniejszy. Ale został odrapany ze wszelkich złoceń i ornamentów przez Brytyjczyków właśnie. Stopili złoto, ściągnęli dywany, wydłubali diamenty i wywieźli do siebie. Tak, na pewno tam są bezpieczniejsze.
Winner takes it all. Niezależnie czy to Brytyjczyk, Hiszpan, Niemiec czy Polak.
Wzięłam ze sobą w podróż parę książek. Zaczęłam czytanie od Jak wykorzystać ciemną stronę? Debbie Ford. Bardzo dobra pozycja rozwojowa. Mądre, trafione przemyślenia, proste i transformujące ćwiczenia. Tylko czemu nie czuję się po nich lepiej? W zasadzie dochodzę do wniosku, że im więcej książek rozwojowych czytam, tym bardziej czuję się niedorozwinięta. I pewnie taka jestem, ale czy muszę sobie o tym codziennie przypominać? (od dawna wiem, że bliżej mi do małpy niż do absolutu (i Tobie też :)). Wcale nie czuję się z tym lepiej. I nie zauważyłam znacznej poprawy jakości swojego życia. Więcej myślę, a myślenie od życia mnie oddala. Czyżby przyszedł czas na detoks od rozwoju?

Ps. Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć i wrażeń zapraszam na mój osobisty profil na FB.
Jeździmy po Krakowie w poszukiwaniu hurtowni fornirów na szafki do kuchni. Ja i zaprzyjaźniona architekt, która próbuje mi pomóc urządzić moją talentową pracownię (próbuje, bo ja mam swoją wizję i pomóc mi wcale nie jest tak łatwo).
Temat kafelków, syfonów i bidetów już mnie zmęczył, więc zadaję pytanie z mojego obszaru: „jak Ci się pracuje na swoim?” spodziewam się usłyszeć, że to dopiero początki, że jest trudno, ale, że idzie do przodu. Widzę talent tej dziewczyny, jej pomysły, jej dbałość o szczegóły, o klienta, o piękno. Mocno jej kibicuję.
– Męczy mnie ta praca – słyszę – Nie wiem, czy chcę to robić.
– Ale przecież to twoja pasja. Jesteś naprawdę dobra!
– W tym rzecz. Jestem non stop w pracy. Przez to, że pracuję z pasją, to pracuję non stop. Chyba wolałabym komfort. Mieć zapewnione pieniądze. Wyjść z pracy. Zrobić swoje i zapomnieć.
Stop klatka.
Większość ludzi, których znam, poszukuje pasji w pracy. Dałoby się pokroić za to, żeby ją znaleźć i móc wykorzystać w pracy swoje talenty. A tutaj taki talent, taka pasja i ona chce zrezygnować? Poczułam, jak wzbierają we mnie siły motywacyjne i za chwilę wyrzucę z siebie żywiołową mowę:
NIE MOŻESZ TEGO ZROBIĆ. BO TO BĘDZIE WIELKA STRATA DLA CIEBIE I DLA ŚWIATA. ZABRANIAM! BĘDZIESZ ŻAŁOWAĆ DO KOŃCA ŻYCIA!
Ale nie wyrzuciłam tej mowy.
Zatrzymałam się na pytaniu: czym jest praca dla ludzi?
Zastanawiasz się czasem? Ja zapytałam i usłyszałam, że praca to:
I zastanowiłam się czym praca była i jest dla mnie.
I wyszło mi po raz kolejny (chociaż wcale nie chciałam), że praca jest dla mnie wartością. Mimo że wyrosłam z czasów, kiedy mnie do niej zaganiała mama. Mimo że już nie jestem na etacie i nie muszę pracować od poniedziałku do piątku. Mimo że jestem na swoim i mogę robić to, co chcę, to praca nadal jest jedną z moich podstawowych wartości. Praca z pasją – dodam.
Bo jeśli o mnie chodzi, to forma zatrudnienia jest kwestią drugorzędną. To czy pracujesz dla siebie, czy dla kogoś to postawa, a nie formularz zgłoszony do ZUS. Ja się zawsze czułam panią siebie. W korpo też.
Nie wiem, czy można je mieć jednocześnie. Jedno jest jak ogień, drugie jak woda. Dla mnie się wykluczają. Ale i jedne, i drugie są w życiu potrzebne. Nie mnie oceniać czego i ile komu potrzeba w danym momencie.
Ale mogę się podzielić jak do tego dojść i jak zadbać o siebie wybierając swoją PRACĘ MARZEŃ. Jeszcze możesz dołączyć.
P.S. No i teraz już wiesz czemu we wtorkowe wieczory, zamiast się byczyć będę pracować. 🙂
Od młodzieńczej pasji do makijażu przez zarządzanie w turystyce, latyno-amerykanistykę, sklep z odzieżą włoską, kelnerowanie, fotografowanie; przez Warszawę, Zakopane, Nowy Jork wróciła do Krakowa, by otworzyć działalność w 100% opartą o jej pasję i talenty.

Angelika Olsza – bo tak nazywa się moja talentowa bohaterka – urzekła mnie sposobem, w jaki opowiadała o swoim biznesie. Spotkałyśmy się na jakimś evencie i Relator (Bliskość), którego obie mamy w top 5 od razu zrobił swoje.
Najlepsze jest to, że nim się spotkałyśmy, Angelika wcale nie znała swoich talentów według Gallupa. A mimo to prowadzi biznes, który jest ich odzwierciedleniem: Relator, Responsibility, Individualization, Aktywator, Achiever.
Jej sklep internetowy Unikalne Kosmetyki.pl prowadzi sprzedaż indywidualną i hurtową kosmetyków, których nie znajdziecie nigdzie w Polsce. Angelika intuicyjnie obrała strategię na 100% zgodną z jej talentem Indywidualizacji. Sprowadza do Polski kosmetyki, które są flagowymi produktami w innych krajach. A do tego sprowadza je na wyłączność, bo chce, żeby były naprawdę unikalne: z Izraela (z Morza Martwego) – kosmetyki mineralne, z Grecji kosmetyki z oślego mleka, z Nowej Zelandii z miodu Manuka, z Korei – to był jeszcze sekret, kiedy rozmawiałyśmy.
Do tego Angelika zajmuje się makijażem: upiększa panny młode, modelki i artystów.
Od zawsze było ze mnie takie przykładne dziecko. A przykładne dzieci idą na studia. Więc poszłam. Wybrałam zarządzanie w turystyce, bo podróże też bardzo lubiłam. Kiedy decydowałam o swojej przyszłości, to był rok 1999/2000, a wtedy, żeby znaleźć sobie dobrą pracę, trzeba było mieć 25 lat, 2 kierunki studiów i 5 lat doświadczenia. No to się uczyłam. Rozpoczęłam też drugi kierunek: latyno-amerykanistykę. No i pracowałam jako sprzedawca, a później asystentka w biuro-serwisie. Oddaliłam się od swojej młodzieńczej pasji. Tak bardzo się oddaliłam, że wylądowałam w Stanach.
Bardzo lubiłam tę pracę. W Stanach jest trochę inaczej niż u nas. Tam ludzie mają swoje stałe miejsca, gdzie jedzą i ja miałam swoich stałych klientów. Wiedziałam, co się u każdego z nich dzieje. Ile mają dzieci. I jakie mają relacje z partnerem. Lubiłam z nimi rozmawiać. Wiele osób przychodziło, żeby spytać, co u mnie słychać. To właśnie w tej pracy dowiedziałam się, że lubię ludzi i ludzie mnie lubią. Że łatwo nawiązuję kontakt, a utrzymanie go sprawia mi przyjemność. W Stanach też kelner sam zarabia na siebie napiwkami. Mnie udało się sporo zarobić i odłożyć. Nauczyłam się złotego serwisu, co pomaga mi dzisiaj w mojej pracy. Nawet zostałam uznana za osobowość miesiąca w lokalnej gazecie. Lubiłam to, co robię i byłam dumna z siebie.
No tak. Jak dopadła mnie 30-ka, pomyślałam, że nie chcę być kelnerką do końca życia. Postanowiłam pójść do szkoły. Siadłam i zastanawiałam się, jaka to ma być szkoła. Myślałam o tym, w czym jestem dobra, co lubiłam robić, co sprawia mi przyjemność. Makijaż był ze mną od zawsze. Wybrałam więc szkołę makijażu, a że szkoła kosmetyczna była obok, to od razu poszłam do obu. I podjęłam też wtedy decyzję, że wrócę do Polski. Ale nim wróciłam od razu, robiłam makijaże na New York Fashion Week, brałam udział w targach kosmetycznych i fryzjerskich. Miałam się czym pochwalić w CV.
Niby nie. Ale nie chciałam być wizażystką w salonie. I przez mojego wolnego ducha do korporacji też się nie nadawałam. Zatrudniłam się w sklepie z pasmanterią jako kierownik sklepu. Następnie otworzyłam jeszcze dla tego pracodawcy dwie pasmanterie: w Katowicach i Poznaniu. To tam się nauczyłam biznesu. Byłam odpowiedzialna za ludzi, dostawy, księgowość etc. Dobra szkoła.
Ciągle był z tyłu głowy. Pasmanterie prowadziłam 3 lata. W tym samym czasie nawiązałam współpracę z firmą kosmetyczną MLM. Chciałam wejść w świat makijażu. I weszłam. Zajęłam się makijażem ślubnym, a potem wizażem. Bardzo to lubiłam i lubię, i robię do dzisiaj. Ale sam schemat pracy nie bardzo mi odpowiadał. Wizażystka ma ruchomy grafik. Musi być tam, gdzie klientka. A ja miałam małe dziecko. Do tego zarobki nie były tak satysfakcjonujące. W tym zawodzie zarabiasz rękami. Kiedy jesteś na wakacjach, to nie zarabiasz.
Znowu siadłam i myślałam. Pomógł mi Steve Jobs. Oglądałam jego wykład, na którym opowiadał o tym, jak w szkole uczył się kaligrafii. Wtedy myślał, że zupełnie niepotrzebnie. A potem przy projektowaniu grafiki do pierwszego komputera to okazało się niezwykle przydatną wiedzą. I tam zasłyszałam takie zdanie:
KROPKI MOŻNA ZAWSZE POŁĄCZYĆ PO FAKCIE – NIGDY PRZED
No więc i ja zaczęłam łączyć swoje kropki z życia: makijaż, kosmetyki, relacje z ludźmi, odwaga, podróże, sprzedaż, biznes – to jest moje. Do tego dorzuciłam kierunek rozwoju naszej cywilizacji: internet. Oczywiście pomyślałam o klientach, którzy znudzeni są mało wartościowymi produktami w drogeriach. A na te lepsze, które są też kosmicznie drogie, ich nie stać. Dlatego powstały Unikalne Kosmetyki: wybieram to, co najlepsze z różnych krajów i oferuję w przystępnych cenach.
Nie wiedziałam. Tak czułam, a do tego bardzo mocno w niego wierzę. Rozmyślałam 3-4 miesiące. Radziłam się partnera i przyjaciółki. Czytałam artykuły praktyków. Wracałam do wykładów ze studiów. Sprawdzałam w biznesowym networku BNI. Dałam sobie trzy lata na rozruch.
Pierwszy rok to rok strat; inwestujesz czas, energię, pieniądze a efektów jest mało. W drugim już zaczyna być trochę lepiej, a trzeci mam nadzieję, będzie dobry. No nie tylko nadzieję, bo zrobiłam na to plany. Poza tym patrząc wstecz, widzę po sobie, że właśnie trzech lat mi potrzeba, żeby poczuć się dobrze z czymś nowym.
Dalej jest. Dalej to robię. Co więcej, prowadzimy z grupą ekspertów z branży ślubnej Stowarzyszenie Say Yes – sposób na wymarzony ślub, gdzie pomagamy Młodym Parom w planowaniu tak ważnego dnia w ich życiu, jakim jest ślub. Również otworzyłam Fundację Unikalne Kosmetyki – żyj świadomie, gdzie poprzez bloga (jak na razie) pomagam w poznaniu i zwiększeniu świadomości na temat składników, jakie są zawarte w kosmetykach. Oraz zagrożeniach, jakie niesie nieodpowiednia pielęgnacja czy brak wiedzy na dany temat.
Mam ich pięć. To są moje własne, ale skoro pytasz, to się podzielę:
Ps. przyjrzyj się temu, co robisz i zobacz, ile w tym Ciebie: talentowo i życiowo. Połącz kropki I DZIAŁAJ.
Autor: Patrycja Dreher
Czy już wiesz jaki talent dzisiaj bierzemy pod lupę?
Oczywiście… to DOWODZENIE – talent z domeny wpływu.
W wersji dojrzałej, kiedy się wali i nie idzie tak jak trzeba, oczy innych są skierowanie na nich – ludzi, którzy DOWODZENIE mają we krwi. Wkraczają niczym lew i poprzez swoją odwagę i zdecydowanie wprowadzają porządek. Inni czują się przy nich bezpiecznie. Potrafią trzymać ster w swoich rękach, przejmują kontrolę i podejmują szybkie decyzje. Z nimi żaden okręt nie utonie.
Talent DOWODZENIE chętnie podejmuje ryzyko. Nie boi się wielkich wyzwań, a wręcz przeciwnie potrzebuje ich, aby móc powalczyć w imię ważnej sprawy. Pomaga, wykorzystując przy tym swój wielki potencjał. Dowodzenie to talent wielkich charyzmatycznych przywódców, którzy swoim działaniem motywują i inspirują ludzi do działania.
Poza pracą, osoby z wysoko postawionym talentem DOWODZENIE, będą wspierać bliskie osoby w podejmowaniu decyzji. Ich determinacja i siła będzie przykładem dla innych w ich osobistych wyzwaniach. Poprzez swoje działanie i waleczność pokazują, że rzeczy niemożliwe są osiągalne.
W niedojrzałej wersji osoby z talentem DOWODZENIE mogą być odbierane jako zarozumiałe i wszechwiedzące. Jak temu zaradzić? Warto zapytać innych o punkt widzenia i rozwiązania danej sytuacji, dobrze byłoby, aby Twoje ostateczne zdanie nie opierało się tylko na Twoich spostrzeżeniach. Twoje asertywne zachowania przekuj w otwarte i szczere rozmowy, co pozwoli zbudować dobre relacje z innymi.
Osoby z talentem DOWODZENIE mogą być postrzegane przez innych jako osoby rządzące i niesłuchające innych. Pamiętaj, jeśli masz ten talent wysoko, nie musisz zawsze wkraczać do akcji, daj ludziom popracować nad rozwiązaniem trudnej sprawy. Nie pozbawiaj ich odpowiedzialności i zaangażowania.
Aby nie być apodyktycznym, postaraj się zbratać swoje DOWODZENIE z talentami CZAR lub EMPATIA. Pomogą Ci rozwiązać niektóre problemy poprzez nawiązanie relacji i nie będzie potrzeba konfrontacji. Pamiętaj, konfrontacja nie zawsze jest potrzebna.
Jako przywódca skup się na wyniku i na tym, co przynosi Ci twój zespół, niż na tym jak to osiąga. Pamiętaj, że zbytnia kontrola wpływa na spadek zaangażowania pracowników. Osoby z talentem DOWODZENIE swoim działaniem wywierają ogromny wpływ na ludzi. Dlatego talent ten sprawdzi się we wszystkich zawodach, gdzie wpływ ma znaczenie np. przywództwo, sprzedaż czy polityka.
Czy wiesz, że DOWODZENIE to jeden z najrzadziej występujących talentów według gallupowskich statystyk? Jeśli masz go wysoko, to wykorzystaj jego dojrzałą stronę, słuchaj ludzi i nadawaj im kierunek w zgodzie z nimi… tylko wtedy wasz okręt dotrze tam, gdzie chcieliście.