Ale Meksyk!

MeksykZawsze wracam z podróży z większym bagażem. I wcale nie o walizki chodzi — chociaż brudne ciuchy faktycznie zajmują więcej miejsca (mimo bezpardonowego ugniatania). Wracam z większą ilością pytań i odpowiedzi na pytania, których wcale nie miałam ochoty sobie zadawać. Ot, taki Meksyk. W ferie. Alternatywa dla nielubianych przez nas sportów zimowych. Miało być kilka piramid w zaginionych miastach Majów, kilka zachwytów nad naturą (dżungla!) i wygrzanie się w tropikalnym słońcu (witamina D3 w gratisie). Miało być bez egzystencjonalnych „myślenic”. A wyszło, jak wyszło, czyli „myślenice”. Mózg napakowany zbędnym (to się jeszcze okaże) bagażem czeka na wypranie i odwirowanie w bębnie maszyny obowiązków po powrocie.

1. Dlaczego?

No ale, jak tu nie zastanowić się nad tym, że Majowie z wyższych sfer zniekształcali głowy swoim dzieciom, wciskając je między belki, ściskając pasami i używając innych wymyślnych tortur tylko po to, żeby potomek wyglądał jak ufoludek. Im bardziej zdeformowana czaszka, tym lepiej. Bohaterowie Star Wars musieli się wzorować właśnie na Majach. Nigdy się nie zastanawiałam zbyt długo nad tym czy UFO istnieje, czy też nie. Ale zastanowiło mnie, dlaczego rodzice skazywali dzieci na takie tortury? I dlaczego akurat wyższa klasa Majów (rządząca) wzorowała się na kanonach piękna rodem z filmów science fiction? Chciała się upodobnić do kogoś/czegoś. No i pytanie jest właśnie, do kogo?

2. Ideologia i technologia

Człowiek chce i potrzebuje wierzyć. W Boga lub jego brak. W Coś. Myślę, że wiara chroni gatunek ludzki przed obłąkaniem (i wyginięciem). Odwiedziłam już kilkadziesiąt krajów i liznęłam ich kultur. Kilka wniosków z serii „na pewno”: Meksyk

Ograniczyć dostęp do wiedzy, wypuścić dobrą ideologię, a żadnej przemocy stosować nie trzeba. Ludzie sami będą się składać w ofierze jak kapitanowie wygrywającej drużyny w majańskiej grze w palote. Tylko takie czasy, że z dobrą ideologią jest gorzej. Ludzie się wyedukowali za bardzo. Ale jest za to technologia ! (też -ogia, zauważ). Może nie będziemy się przez nią zabijać (?), ale składać w ofierze swoją wolną wolę na pewno. Myślę, że już w całkiem niedalekiej przyszłości będziemy marzyć o tym, by ktoś nam wszył chipy i sterował naszym życiem. (Nie wiesz, o czym mówię? Zamów choćby kawę w Starbucksie i napisz, ilu decyzji to od Ciebie wymagało). Tak, jesteśmy pogubieni i oddaleni od siebie samych. Co jak nie chip? Medytacja i natura. Tak myślę.

Przyjaciółka przesłała mi taki mało śmieszny dowcip:

– Halo, czy to pizzeria Giuseppe?

– Dzień dobry, nie, to pizzeria Google.

– Źle się dodzwoniłem?

– Nie, proszę pana, Google kupiło tę pizzerię.

– OK. To chciałbym złożyć zamówienie.

– Dobrze, czy zamawia pan to co zwykle?

– To co zwykle? A pan mnie zna?

– Zgodnie z pańskim ID dzwoniącego, ostatnie 12 razy zamawiał pan pizzę serową z dodatkową porcją pepperoni i szynki.

– OK! Taką zamawiam!

– Czy mogę panu zasugerować tym razem zamiast sera ricottę z rukolą i suszonymi pomidorami?

– Co? Nie, ja nie lubię warzyw!

– Ale ma pan podwyższony cholesterol.

– Skąd o tym wiecie?!

– Z pańskiej karty pacjenta w klinice. Mamy wyniki pańskich badań z ostatnich 7 lat.

– No dobrze… ale ja nie chcę pizzy z warzywami – już biorę leki na cholesterol.

– Cóż, nie brał pan ostatnio ich regularnie. 4 miesiące temu zamówił pan opakowanie 30 tabletek w aptece internetowej.

– Kupiłem więcej w innej aptece!

– Nie ma tej płatności na pańskiej karcie kredytowej.

– Zapłaciłem gotówką!

– Ale nie wypłacił pan wystarczającej sumy z bankomatu według wyciągu z pańskiego konta.

– Nie trzymam wszystkich zarobionych pieniędzy w banku.

– Nie widać tego na pańskim ostatnim zeznaniu podatkowym, chyba, że jest to przychód, który zataił pan przed urzędem skarbowym.

– WTF???? Dosyć! Mam powyżej uszu Google, Facebooka, Twittera i innych WhatsAppów! Wynoszę się na jakieś zadupie, w Bieszczady albo nie, wyjadę na wyspę – bez internetu, gdzie nie ma sieci komórkowych i gdzie nie będziecie mogli mnie szpiegować!

– Rozumiem. Będzie pan musiał odnowić paszport, bo skończył swoją ważność miesiąc temu.

3. Winner takes all

No i znowu dałam się zaskoczyć Brytyjczykom. I zastanowić nad pojęciem robienia czegoś „w białych rękawiczkach”. Pierwszy raz zastanowiłam się nad tym, skąd się bierze wyższość jednych kultur nad drugimi, kiedy odwiedzałam ich National Museum w Londynie. Muzeum narodowe, więc spodziewałam się zobaczyć dziedzictwo narodowe Wielkiego Królestwa, a okazało się, że w muzeum jest więcej Egiptu niż w Egipcie. Chyba tylko piramidy nie dały się przewieźć.

Meksyk

A podczas tej podróży odwiedziliśmy państwo, o którego istnieniu nie miałam pojęcia: Belize. Sąsiaduje z Meksykiem i Gwatemalą. Do 1981 roku było kolonią brytyjską, a jakże. Ale że nie przynosiło dochodów (bida tu aż piszczy) to już kolonią nie jest (trzeba było do niego dokładać). Kiedyś się opłacało, bo można było zwieźć do niego niewolników. (To właśnie dzięki Brytyjczykom na Jukatan trafili Afrykanie). Do roboty.

Jestem zniesmaczona. Prawie tak samo, jak wtedy, gdy odwiedzając Taj Mahal w Indiach, dowiedziałam się, że ten monumentalny grobowiec z marmuru był kiedyś jeszcze piękniejszy. Ale został odrapany ze wszelkich złoceń i ornamentów przez Brytyjczyków właśnie. Stopili złoto, ściągnęli dywany, wydłubali diamenty i wywieźli do siebie. Tak, na pewno tam są bezpieczniejsze.
Winner takes it all.  Niezależnie czy to Brytyjczyk, Hiszpan, Niemiec czy Polak.

4. Rozwojowy detoks

Wzięłam ze sobą w podróż parę książek. Zaczęłam czytanie od Jak wykorzystać ciemną stronę? Debbie Ford. Bardzo dobra pozycja rozwojowa. Mądre, trafione przemyślenia, proste i transformujące ćwiczenia. Tylko czemu nie czuję się po nich lepiej? W zasadzie dochodzę do wniosku, że im więcej książek rozwojowych czytam, tym bardziej czuję się niedorozwinięta. I pewnie taka jestem, ale czy muszę sobie o tym codziennie przypominać? (od dawna wiem, że bliżej mi do małpy niż do absolutu (i Tobie też :)). Wcale nie czuję się z tym lepiej. I nie zauważyłam znacznej poprawy jakości swojego życia. Więcej myślę, a myślenie od życia mnie oddala. Czyżby przyszedł czas na detoks od rozwoju?

5. Uwielbiam podróżować. Kropka!

Magiczny Meksyk

Ps. Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć i wrażeń zapraszam na mój osobisty profil na FB.

Refleksje

Jeździmy po Krakowie w poszukiwaniu hurtowni fornirów na szafki do kuchni. Ja i zaprzyjaźniona architekt, która próbuje mi pomóc urządzić moją talentową pracownię (próbuje, bo ja mam swoją wizję i pomóc mi wcale nie jest tak łatwo).

Temat kafelków, syfonów i bidetów już mnie zmęczył, więc zadaję pytanie z mojego obszaru: „jak Ci się pracuje na swoim?” spodziewam się usłyszeć, że to dopiero początki, że jest trudno, ale, że idzie do przodu. Widzę talent tej dziewczyny, jej pomysły, jej dbałość o szczegóły, o klienta, o piękno. Mocno jej kibicuję.

– Męczy mnie ta praca – słyszę – Nie wiem, czy chcę to robić.

– Ale przecież to twoja pasja. Jesteś naprawdę dobra!

– W tym rzecz. Jestem non stop w pracy. Przez to, że pracuję z pasją, to pracuję non stop. Chyba wolałabym komfort. Mieć zapewnione pieniądze. Wyjść z pracy. Zrobić swoje i zapomnieć.

Stop klatka.

Jak to?

Większość ludzi, których znam, poszukuje pasji w pracy. Dałoby się pokroić za to, żeby ją znaleźć i móc wykorzystać w pracy swoje talenty. A tutaj taki talent, taka pasja i ona chce zrezygnować? Poczułam, jak wzbierają we mnie siły motywacyjne i za chwilę wyrzucę z siebie żywiołową mowę:

NIE MOŻESZ TEGO ZROBIĆ. BO TO BĘDZIE WIELKA STRATA DLA CIEBIE I DLA ŚWIATA. ZABRANIAM! BĘDZIESZ ŻAŁOWAĆ DO KOŃCA ŻYCIA!

Ale nie wyrzuciłam tej mowy.

Zatrzymałam się na pytaniu: czym jest praca dla ludzi?

Zastanawiasz się czasem? Ja zapytałam i usłyszałam, że praca to:

I zastanowiłam się czym praca była i jest dla mnie.

I wyszło mi po raz kolejny (chociaż wcale nie chciałam), że praca jest dla mnie wartością. Mimo że wyrosłam z czasów, kiedy mnie do niej zaganiała mama. Mimo że już nie jestem na etacie i nie muszę pracować od poniedziałku do piątku. Mimo że jestem na swoim i mogę robić to, co chcę, to praca nadal jest jedną z moich podstawowych wartości. Praca z pasją – dodam.

Bo jeśli o mnie chodzi, to forma zatrudnienia jest kwestią drugorzędną. To czy pracujesz dla siebie, czy dla kogoś to postawa, a nie formularz zgłoszony do ZUS. Ja się zawsze czułam panią siebie. W korpo też.

Pasja i komfort?

Nie wiem, czy można je mieć jednocześnie. Jedno jest jak ogień, drugie jak woda. Dla mnie się wykluczają. Ale i jedne, i drugie są w życiu potrzebne. Nie mnie oceniać czego i ile komu potrzeba w danym momencie.

Ale mogę się podzielić jak do tego dojść i jak zadbać o siebie wybierając swoją PRACĘ MARZEŃ. Jeszcze możesz dołączyć.

P.S. No i teraz już wiesz czemu we wtorkowe wieczory, zamiast się byczyć będę pracować. 🙂

    Bądźmy w kontakcie

    Tu zaczyna się spotkanie, które może zmienić wszystko.