Jakie wartości chcesz zaspokoić dzisiaj? Na ile je zaspokajasz w tym momencie?
Wartości mogą się zmieniać. To, co było dla Ciebie ważne kilka lat temu, nie musi być teraz. Co parę lat warto je przejrzeć i zapytać siebie: „Jakie to dzisiaj ma dla mnie znaczenie?”.
Kiedyś myślałam, że wartości są wyryte w kamieniu, że jak raz je odkryłam, to już muszę być im wierna na zawsze. Ale to nieprawda. A takie myślenie jest szkodliwe. Przekonałam się o tym w ubiegłym roku, kiedy podążanie za ambicją i wyzwaniem odebrało mi całą radość z pracy.
Bo tak naprawdę na tym etapie życia chodzi mi o RADOŚĆ: radość z tworzenia, pomagania, dzielenia się, bycia z ludźmi. To nie znaczy, że nie jestem ambitna i nie lubię wyzwań. Jestem ambitna i podejmuję wyzwania, tyle, że nie mogą mi przysłaniać tej wartości nadrzędnej, jaką jest radość.
Oceń, na ile Twoja dzisiejsza praca jest zgodna z Twoimi wartościami. Czy to, co teraz robisz zawodowo pozwala Ci żyć Twoimi wartościami? Wiele osób jest przekonanych, że tylko na swoim można pracować w zgodzie ze sobą, swoimi talentami i wartościami. Ja tak nie uważam i według mnie to szkodliwe myślenie. Prowadzi do złych wyborów albo do frustracji, kiedy się ich nie podejmie.
Praca na etacie jest pracą „dla kogoś”, jeśli tak o niej myślisz. I jest „bez sensu”, jeśli pozbawiasz ją sensu, tak o niej myśląc. A przecież możesz też pomyśleć, że pracujesz dla siebie i wtedy to już zupełnie inaczej wygląda. Możesz poszukać sensu dalej i szerzej, niż tylko wokół własnego ego.
Tylko, że wtedy trzeba wziąć odpowiedzialność za siebie, swoje myślenie, zachowanie itd., (a to już nie każdemu pasuje, bo łatwiej marudzić, niż się potrudzić). Ja przyjmuję założenie, że masz szczere chęci wziąć odpowiedzialność i że szukasz czegoś, co wykracza znacznie poza Twoje małe, wielkie ego :).
No więc, skoro już znasz swoje wartości to przyjrzyj się teraz tym, którym służy Twoja własna firma lub firma, w której pracujesz.
Każdy biznes w ostatecznym rozrachunku służy ludziom. Dostarcza im tego, czego potrzebują. Dlatego i Ty, w jakiejkolwiek branży byś nie pracował/a, też robisz coś dla zaspokojenia ludzkich potrzeb.
Jaki produkt lub usługę dostarcza Twoja firma? Jaką potrzebę nim zaspokaja? Jaką wartość wnosi w życie ludzi? Np. branża piwowarska dostarcza ludziom rozrywki i odprężenia, ułatwia nawiązywanie i utrzymywanie znajomości – myślałeś/aś kiedyś o tym w ten sposób? Jakąkolwiek wartość dostarcza Twoja firma – Ty też ją dostarczasz. Bez Ciebie nie byłoby to możliwe.
Jeśli nie, jest wielce prawdopodobne, że będziesz odczuwać jakiś brak sensu w tym, co robisz. A jeśli te wartości są bardzo ważne i dla Ciebie, to może jesteś w miejscu, w którym realizujesz swoją życiową misję. Podobnie możesz przefiltrować wartościami stanowisko, jakie zajmujesz.
Jaka jest jego główna odpowiedzialność? Jak służysz innym?
Podejmij decyzję o pasji do pracy. Z jakim nastawieniem pracujesz? Zacznę od krótkiej historii.
Drobny Afroamerykanin w czarnej bluzie kucharskiej i spodniach w czarno białe prążki, stał za stanowiskiem do robienia omletów w restauracji hotelu w Miami. Na klapie bluzy miał przypiętą plakietkę „Omlet Master”. Goście podchodzili do niego, by zamówić swój ulubiony omlet, a on z uśmiechem większym od siebie przyjmował te zamówienia, a potem z wyrazem pełnego skupienia je przyrządzał. Na koniec z dumą i jeszcze większym uśmiechem serwował swoje jajeczne dzieła.
Jadłam swoje śniadanie i patrzyłam na tę scenę z zażenowaniem. Czułam litość i zakłopotanie – z tej plakietki, jego uśmiechu i skupienia. Myślałam o tym, jakie to musi być upokarzające dla niego. I myślałam o tym, jaki ten amerykański kapitalizm jest okrutny. Tego dnia nie wzięłam na śniadanie omletu, choć je uwielbiam.
Kiedy drugiego dnia naszego pobytu znowu na śniadanie przywitał mnie szeroki uśmiech „Omlet Mastera” dostrzegłam w jego oczach, że ten uśmiech jest szczery. Stanęłam w kolejce po omlet. Obserwowałam Mistrza i czułam rosnące zażenowanie i litość… do samej siebie. Bo wtedy zdałam sobie sprawę, że ten człowiek odnalazł sekret i sens pracy, którego ja ciągle wtedy szukałam.
Wtedy jeszcze byłam przekonana, że kiedy człowiek sobie postawi cel, a potem go zrealizuje, to da mu to szczęście. I byłam przekonana, że kiedy człowiekowi z głodu burczy w brzuchu albo zastanawia się, jak spłacić kredyt na rodzinne mieszkanie, to raczej nie myśli o tym, czy praca dostarcza mu radości albo czy ją kocha. Robi, bo musi. Nie musi się zastanawiać. Dolne warstwy piramidy Maslowa (potrzeby fizyczne, bezpieczeństwa, przynależności) są dominujące i domagają się zaspokojenia na poziomie pierwotnego instynktu. A kiedy już człowiek zaspokoi te swoje podstawowe potrzeby, to zaczyna zaspokajać te z wyższej półki. Stabilna praca, zarobki powyżej średniej krajowej, przyzwoita atmosfera w pracy, sprawiają, że budzą się kolejne potrzeby: uznania i rozwoju. Zaczyna się zabieganie o stanowiska, tytuły, kompetencje, nagrody, prestiż, władzę.
Tymczasem:
„Ograniczony cel przynosi ograniczony sukces. Jeżeli kierować nami będą uniwersalne zasady, będziemy w nieustannym procesie osiągania celu. Bez końca. (…)Jeśli celem jest wnoszenie pozytywnego wkładu w życie klientów i zapewnienie im wspaniałego, opłacalnego i przyjemnego doświadczenia, będziemy to mogli robić bez końca. Każdy dzień będzie źródłem radości.”
Dr Dawid Hawkins, „Sukces jest dla Ciebie”
Omlet Master z Miami to wiedział. I pan, który w naszym rodzimym Intercity częstuje herbatą tak radośnie, że krążą o nim posty na FB, też to wie. I wesoły kierowca warszawskiego autobusu, o którym kręcą filmy na YT, również to wie.
Naprawdę nie jest ważne, co posiadamy, ani co robimy, ale to jacy jesteśmy. Jeśli w miejscu, w którym pracujesz możesz być sobą, możesz wnosić i czerpać z tych samych wartości, które są ważne dla Ciebie, to jesteś w bardzo właściwym miejscu. Wystarczy tylko podjąć decyzję.
Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam Ci wyklarować drogę do swojej pasji i powołania.
A jeśli chcesz tego doświadczenia na żywo, zapraszam na warsztaty z odkrywania powołania i budzenia pasji do pracy i do życia.
„Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu” – głosi napis na drewnianym serduszku, które na warsztaty talentów Gallupa, przyniosła jedna z uczestniczek.
Ten tekst zdecydowanie głosi prawdę. I budzi głód. Ale nie mówi, jak ten głód zaspokoić.
Analiza profilu talentów Gallupa pomaga dotrzeć do sedna, ale nie zawsze wystarczy. Są osoby, które po niej mówią: „Już wszystko jasne!”, ale większość musi drążyć dalej.
Po latach odkrywania i drążenia tematu pracy i pasji u siebie i u ludzi, z którymi pracuję, chyba mam przepis, który może to ułatwić. Podzielę się nim w dwóch wpisach, bo chociaż to prosty przepis, to składniki są złożone.
W co lubiłeś/aś się bawić jako dziecko? Jaką szkołę średnią wybrałeś/aś? Na jakie studia się zdecydowałeś/aś?
W liceum wybrałam profil biologiczno-chemiczny, bo był to jedyny „ludzki” kierunek. Zawsze ciągnęło mnie do natury. Przez chwilę nawet rozważałam bycie lekarzem. Pomysł o praktyce lekarskiej prysł jednak w chwili, w której pani od biologii przyniosła na lekcję tasiemca w słoiku z formaliną. Bladoróżowe zwoje „czegoś martwego”, ciasno upchnięte w szkle. Zrobiło mi się słabo. Musiałam wyjść z klasy, żeby złapać oddech i pożegnać się z wizją siebie jako lekarza.
Na studia wybrałam Zarządzanie i marketing, bo wtedy był to praktyczny i modny kierunek. Kapitalizm w Polsce dopiero rozkwitał, zasilany coraz nowymi inwestycjami zagranicznymi. Potrzeba było kadry menadżerskiej. Ten kierunek dawał szanse na dobrze płatną pracę. No i nie robiło mi się od tego niedobrze.
W trakcie studiów okazało się, że przedmioty rachunkowe są przyczyną moich sennych koszmarów. Zaliczałam je nawet dobrze, ale nauka nie sprawiała mi żadnej przyjemności. Wiedziałam, że nie zostanę pierwszym ekonomistą kraju.
Przyjrzyj się temu czego uczyłeś/aś się łatwo oraz swoim zainteresowaniom.
Które przedmioty, dyscypliny, tematy wchodziły Ci do głowy lekko i miałeś/aś ochotę wiedzieć o nich jeszcze więcej?
Przy wyborze specjalności nie miałam wątpliwości. Utworzono nową: zarządzanie zasobami ludzkimi (wiem, dziś brzmi to tragicznie, ale wtedy było innowacyjne i baaardzo interesujące). Chociaż nie wiedziałam, co dokładnie da się z tym zrobić w przyszłości, miałam ochotę to odkryć.
To był dobry wybór. Człowiek, biznes, zarządzanie i wszystko, co z tym związane pasjonowało mnie przez całe życie i pasjonuje do dzisiaj (chociaż sam człowiek pasjonuje mnie najbardziej).
Przyjrzyj się swoim dotychczasowym wyborom zawodowym.
Jakie stanowiska, prace, jakich pracodawców wybierałeś/aś do tej pory i dlaczego? Poznaj swoje dotychczasowe wartości.
Jeszcze na studiach dostałam szansę pracy w swojej dziedzinie. Na piątym roku studiów zaczęłam pracę. Zostałam asystentką HR Menadżera. Proponowano mi też stanowisko Kontrolera Finansowego. Wybrałam to, do czego mnie ciągnęło, a nie to co się bardziej opłacało.
Zaraz potem sama zostałam HR menadżerem i wszystkie moje kolejne prace były związane z kierowaniem zespołem i funkcją HR. Zmieniały się tylko ustawienia: produkcja/usługi, lokalnie/ globalnie, firma X/firma Y.
W ciągu 20 lat miałam 7 pracodawców (3 razy w ramach tej samej grupy kapitałowej) i jakieś dwa razy tyle stanowisk. Wygląda to na częste zmiany, ale na pewno nie były one pochopne. Jak sobie tak patrzę z perspektywy, to co mnie pchało do zmiany (zawsze odczuwałam jakieś wewnętrzne parcie) to było: chęć spróbowania czegoś nowego, sprostanie jakiemuś wyzwaniu, osiągnięcie czegoś ambitnego, możliwość wykorzystania tego, co już umiem i nauczenia się czegoś nowego.
Jakie wartości za tym stały? Głównie: niezależność, ambicja, rozwój, prestiż, odwaga.
Czy zwracałam uwagę na pieniądze? Oczywiście. Styl życia był i jest dla mnie ważny. Pieniądze same w sobie wartości nie mają, ale dzięki nim można nabyć wiele wartościowych rzeczy. I nie są to tylko rzeczy materialne. Dla mnie przede wszystkim pieniądze są środkiem do niezależności, decydowania o sobie, wolności. Ale uwaga: kiedy stają się celem samym w sobie to niestety zniewalają i o wolności mowy nie ma.
Cdn.
„Jeśli ktoś stawia styl życia na pierwszym miejscu, to szuka pracy, a nie powołania”
Paul Kalanithi
To nie jest zdanie z jakiejś książki o karierze, a Paul nie był ani psychologiem, ani mówcą motywacyjnym. Był zdolnym neurochirurgiem, oddanym swojej pracy i pacjentom. Dostał wiele kopniaków od losu, ale też wykorzystał szanse, jakie on mu przyniósł. Niezwykła historia. Polecam.
To zdanie było jedynym, jakie zakreśliłam w całej powieści. Było dla mnie jak zimny prysznic: bolesny i orzeźwiający zarazem. Znajdowałam się wtedy w takim momencie życia, w którym kwestionowałam swoje wybory zawodowe i raz zarazem zapytywałam siebie o sens tego, co robię.
To zdanie, choć bez pytajnika, zadaje pytanie w punkt: „O co Ci człowieku chodzi tak naprawdę? Chcesz pasji czy pracy? Szukasz misji życiowej, czy masz inne potrzeby i cele?”
Jak człowiek (czyli ja) zada sobie takie pytanie, to natychmiast odpala mu się poczucie winy. No bo przecież wiadomo, że misja, powołanie, pasja to są wyższe cele, niż jakieś tam pieniądze i wygody. Wiadomo…? (Sama nie wiem skąd się we mnie wzięło takie przekonanie. Sprawdź sobie, czy aby też takiego nie masz i czy aby na pewno dobrze Ci robi).
Jeśli wierzyć statystykom, to niewiele ponad 10% ludzi pracuje z pasji i powołania.
Nie ma takich warsztatów talentowych, na których nie byłoby osoby szukającej pracy z powołania i pasji. W zasadzie większość osób, które do mnie przychodzą tego właśnie szuka. Ale tylko nieliczni są gotowi zapłacić cenę, jaką taka praca kosztuje.
A trochę kosztuje.
Ile?
Cena powołania może dać się wyliczyć bezpośrednio w pieniądzu. Np.: Twoja pensja – ile zarabiasz? Czy jesteś gotów zrezygnować z tych pieniędzy, kiedy wzywa Cię powołanie?
Albo za realizację swoich pasji trzeba będzie zapłacić poczuciem bezpieczeństwa np.: Czy jesteś gotów zrezygnować ze stałych wpływów na konto w imię wyższego celu?
Walutą mogą być też tytuły, apanaże, czy inne oznaki prestiżu. Czy zamienisz dyrektorski tytuł i samochód służbowy na stanowisko, na którym byłoby Ci naprawdę dobrze?
Ceną mogą też być: zagraniczne wakacje, tylko ośmiogodzinny dzień pracy, znajomości zawarte w dotychczasowej pracy, darmowe kursy, czy karnet na siłownię. W zasadzie może się okazać, że musisz zrezygnować ze wszystkiego, na czym Ci tak bardzo zależało do tej pory, by pójść za głosem serca.
Na ostatnich warsztatach wywołała się dyskusja o tym, czy nie da się tego pogodzić. Czy praca z powołania, pasji, musi oznaczać rezygnację z komfortowego stylu życia?
Moim zdaniem nie musi, ale trzeba być na to gotowym, bo jestem pewna, że przynajmniej tymczasowo Twoja sytuacja nie będzie komfortowa.
Zawsze wracam z podróży z większym bagażem. I wcale nie o walizki chodzi — chociaż brudne ciuchy faktycznie zajmują więcej miejsca (mimo bezpardonowego ugniatania). Wracam z większą ilością pytań i odpowiedzi na pytania, których wcale nie miałam ochoty sobie zadawać. Ot, taki Meksyk. W ferie. Alternatywa dla nielubianych przez nas sportów zimowych. Miało być kilka piramid w zaginionych miastach Majów, kilka zachwytów nad naturą (dżungla!) i wygrzanie się w tropikalnym słońcu (witamina D3 w gratisie). Miało być bez egzystencjonalnych „myślenic”. A wyszło, jak wyszło, czyli „myślenice”. Mózg napakowany zbędnym (to się jeszcze okaże) bagażem czeka na wypranie i odwirowanie w bębnie maszyny obowiązków po powrocie.
No ale, jak tu nie zastanowić się nad tym, że Majowie z wyższych sfer zniekształcali głowy swoim dzieciom, wciskając je między belki, ściskając pasami i używając innych wymyślnych tortur tylko po to, żeby potomek wyglądał jak ufoludek. Im bardziej zdeformowana czaszka, tym lepiej. Bohaterowie Star Wars musieli się wzorować właśnie na Majach. Nigdy się nie zastanawiałam zbyt długo nad tym czy UFO istnieje, czy też nie. Ale zastanowiło mnie, dlaczego rodzice skazywali dzieci na takie tortury? I dlaczego akurat wyższa klasa Majów (rządząca) wzorowała się na kanonach piękna rodem z filmów science fiction? Chciała się upodobnić do kogoś/czegoś. No i pytanie jest właśnie, do kogo?
Człowiek chce i potrzebuje wierzyć. W Boga lub jego brak. W Coś. Myślę, że wiara chroni gatunek ludzki przed obłąkaniem (i wyginięciem). Odwiedziłam już kilkadziesiąt krajów i liznęłam ich kultur. Kilka wniosków z serii „na pewno”: 
Ograniczyć dostęp do wiedzy, wypuścić dobrą ideologię, a żadnej przemocy stosować nie trzeba. Ludzie sami będą się składać w ofierze jak kapitanowie wygrywającej drużyny w majańskiej grze w palote. Tylko takie czasy, że z dobrą ideologią jest gorzej. Ludzie się wyedukowali za bardzo. Ale jest za to technologia ! (też -ogia, zauważ). Może nie będziemy się przez nią zabijać (?), ale składać w ofierze swoją wolną wolę na pewno. Myślę, że już w całkiem niedalekiej przyszłości będziemy marzyć o tym, by ktoś nam wszył chipy i sterował naszym życiem. (Nie wiesz, o czym mówię? Zamów choćby kawę w Starbucksie i napisz, ilu decyzji to od Ciebie wymagało). Tak, jesteśmy pogubieni i oddaleni od siebie samych. Co jak nie chip? Medytacja i natura. Tak myślę.
Przyjaciółka przesłała mi taki mało śmieszny dowcip:
– Halo, czy to pizzeria Giuseppe?
– Dzień dobry, nie, to pizzeria Google.
– Źle się dodzwoniłem?
– Nie, proszę pana, Google kupiło tę pizzerię.
– OK. To chciałbym złożyć zamówienie.
– Dobrze, czy zamawia pan to co zwykle?
– To co zwykle? A pan mnie zna?
– Zgodnie z pańskim ID dzwoniącego, ostatnie 12 razy zamawiał pan pizzę serową z dodatkową porcją pepperoni i szynki.
– OK! Taką zamawiam!
– Czy mogę panu zasugerować tym razem zamiast sera ricottę z rukolą i suszonymi pomidorami?
– Co? Nie, ja nie lubię warzyw!
– Ale ma pan podwyższony cholesterol.
– Skąd o tym wiecie?!
– Z pańskiej karty pacjenta w klinice. Mamy wyniki pańskich badań z ostatnich 7 lat.
– No dobrze… ale ja nie chcę pizzy z warzywami – już biorę leki na cholesterol.
– Cóż, nie brał pan ostatnio ich regularnie. 4 miesiące temu zamówił pan opakowanie 30 tabletek w aptece internetowej.
– Kupiłem więcej w innej aptece!
– Nie ma tej płatności na pańskiej karcie kredytowej.
– Zapłaciłem gotówką!
– Ale nie wypłacił pan wystarczającej sumy z bankomatu według wyciągu z pańskiego konta.
– Nie trzymam wszystkich zarobionych pieniędzy w banku.
– Nie widać tego na pańskim ostatnim zeznaniu podatkowym, chyba, że jest to przychód, który zataił pan przed urzędem skarbowym.
– WTF???? Dosyć! Mam powyżej uszu Google, Facebooka, Twittera i innych WhatsAppów! Wynoszę się na jakieś zadupie, w Bieszczady albo nie, wyjadę na wyspę – bez internetu, gdzie nie ma sieci komórkowych i gdzie nie będziecie mogli mnie szpiegować!
– Rozumiem. Będzie pan musiał odnowić paszport, bo skończył swoją ważność miesiąc temu.
No i znowu dałam się zaskoczyć Brytyjczykom. I zastanowić nad pojęciem robienia czegoś „w białych rękawiczkach”. Pierwszy raz zastanowiłam się nad tym, skąd się bierze wyższość jednych kultur nad drugimi, kiedy odwiedzałam ich National Museum w Londynie. Muzeum narodowe, więc spodziewałam się zobaczyć dziedzictwo narodowe Wielkiego Królestwa, a okazało się, że w muzeum jest więcej Egiptu niż w Egipcie. Chyba tylko piramidy nie dały się przewieźć.

A podczas tej podróży odwiedziliśmy państwo, o którego istnieniu nie miałam pojęcia: Belize. Sąsiaduje z Meksykiem i Gwatemalą. Do 1981 roku było kolonią brytyjską, a jakże. Ale że nie przynosiło dochodów (bida tu aż piszczy) to już kolonią nie jest (trzeba było do niego dokładać). Kiedyś się opłacało, bo można było zwieźć do niego niewolników. (To właśnie dzięki Brytyjczykom na Jukatan trafili Afrykanie). Do roboty.
Jestem zniesmaczona. Prawie tak samo, jak wtedy, gdy odwiedzając Taj Mahal w Indiach, dowiedziałam się, że ten monumentalny grobowiec z marmuru był kiedyś jeszcze piękniejszy. Ale został odrapany ze wszelkich złoceń i ornamentów przez Brytyjczyków właśnie. Stopili złoto, ściągnęli dywany, wydłubali diamenty i wywieźli do siebie. Tak, na pewno tam są bezpieczniejsze.
Winner takes it all. Niezależnie czy to Brytyjczyk, Hiszpan, Niemiec czy Polak.
Wzięłam ze sobą w podróż parę książek. Zaczęłam czytanie od Jak wykorzystać ciemną stronę? Debbie Ford. Bardzo dobra pozycja rozwojowa. Mądre, trafione przemyślenia, proste i transformujące ćwiczenia. Tylko czemu nie czuję się po nich lepiej? W zasadzie dochodzę do wniosku, że im więcej książek rozwojowych czytam, tym bardziej czuję się niedorozwinięta. I pewnie taka jestem, ale czy muszę sobie o tym codziennie przypominać? (od dawna wiem, że bliżej mi do małpy niż do absolutu (i Tobie też :)). Wcale nie czuję się z tym lepiej. I nie zauważyłam znacznej poprawy jakości swojego życia. Więcej myślę, a myślenie od życia mnie oddala. Czyżby przyszedł czas na detoks od rozwoju?

Ps. Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć i wrażeń zapraszam na mój osobisty profil na FB.
Jeździmy po Krakowie w poszukiwaniu hurtowni fornirów na szafki do kuchni. Ja i zaprzyjaźniona architekt, która próbuje mi pomóc urządzić moją talentową pracownię (próbuje, bo ja mam swoją wizję i pomóc mi wcale nie jest tak łatwo).
Temat kafelków, syfonów i bidetów już mnie zmęczył, więc zadaję pytanie z mojego obszaru: „jak Ci się pracuje na swoim?” spodziewam się usłyszeć, że to dopiero początki, że jest trudno, ale, że idzie do przodu. Widzę talent tej dziewczyny, jej pomysły, jej dbałość o szczegóły, o klienta, o piękno. Mocno jej kibicuję.
– Męczy mnie ta praca – słyszę – Nie wiem, czy chcę to robić.
– Ale przecież to twoja pasja. Jesteś naprawdę dobra!
– W tym rzecz. Jestem non stop w pracy. Przez to, że pracuję z pasją, to pracuję non stop. Chyba wolałabym komfort. Mieć zapewnione pieniądze. Wyjść z pracy. Zrobić swoje i zapomnieć.
Stop klatka.
Większość ludzi, których znam, poszukuje pasji w pracy. Dałoby się pokroić za to, żeby ją znaleźć i móc wykorzystać w pracy swoje talenty. A tutaj taki talent, taka pasja i ona chce zrezygnować? Poczułam, jak wzbierają we mnie siły motywacyjne i za chwilę wyrzucę z siebie żywiołową mowę:
NIE MOŻESZ TEGO ZROBIĆ. BO TO BĘDZIE WIELKA STRATA DLA CIEBIE I DLA ŚWIATA. ZABRANIAM! BĘDZIESZ ŻAŁOWAĆ DO KOŃCA ŻYCIA!
Ale nie wyrzuciłam tej mowy.
Zatrzymałam się na pytaniu: czym jest praca dla ludzi?
Zastanawiasz się czasem? Ja zapytałam i usłyszałam, że praca to:
I zastanowiłam się czym praca była i jest dla mnie.
I wyszło mi po raz kolejny (chociaż wcale nie chciałam), że praca jest dla mnie wartością. Mimo że wyrosłam z czasów, kiedy mnie do niej zaganiała mama. Mimo że już nie jestem na etacie i nie muszę pracować od poniedziałku do piątku. Mimo że jestem na swoim i mogę robić to, co chcę, to praca nadal jest jedną z moich podstawowych wartości. Praca z pasją – dodam.
Bo jeśli o mnie chodzi, to forma zatrudnienia jest kwestią drugorzędną. To czy pracujesz dla siebie, czy dla kogoś to postawa, a nie formularz zgłoszony do ZUS. Ja się zawsze czułam panią siebie. W korpo też.
Nie wiem, czy można je mieć jednocześnie. Jedno jest jak ogień, drugie jak woda. Dla mnie się wykluczają. Ale i jedne, i drugie są w życiu potrzebne. Nie mnie oceniać czego i ile komu potrzeba w danym momencie.
Ale mogę się podzielić jak do tego dojść i jak zadbać o siebie wybierając swoją PRACĘ MARZEŃ. Jeszcze możesz dołączyć.
P.S. No i teraz już wiesz czemu we wtorkowe wieczory, zamiast się byczyć będę pracować. 🙂